Wszystko jest już dla mnie jasne, choć niemal wolałbym, by było inaczej.
Dzierzba, Maria Walewska i emisariuszka cesarza to ta sama osoba - jedna kobieta poruszająca się niezauważalnie przez wszystkie korytarze intrygi, dzierżąc w dłoni wszystkie nici, które wcześniej zdawały mi się ze sobą niepołączone.
To ona z niezachwianym uporem prowadziła buntowników. Ona uczyniła sobie z Myszek poddanych, oferując im w zamian matczyną opiekę. To jej zwodniczy głos szeptał słodkie kłamstwa do ucha Bonapartego. I mojego.
Muszę przyznać, że nie wiem, co sądzić o tej kobiecie. Eksperymenty, którym mnie poddano, noszą pewne ślady jej wpływu, jednak jej prawdziwy cel pozostaje ukryty.
Nie ulega wątpliwości, że w jej działaniach można odnaleźć okrucieństwo - zarówno wobec cesarza, jak i jego żołnierzy. Mimo tego w jej relacjach ze zwykłymi ludźmi czuć oddanie tak głębokie, że graniczące niemal ze świętością. Ta kobieta nie jest zwykłą intrygantką i wie dużo więcej, niż wyjawia.
Jedno jednak jestem w stanie z pewnością stwierdzić: Bonaparte jest głodny władzy, jednak Walewska pożąda czegoś zupełnie innego. Czegoś dzikszego i być może dużo bardziej niebezpiecznego.
Wolności.